środa, 7 września 2011

Home schooling works!


Na swoim blogu Bleubird opisuje jak niedawno zaczęła uczyć swoje dzieci w domu, nie posyłając ich do szkoły między innymi z powodu dokuczania synkowi przez rówieśników. Sądzę, że to akurat nie był dobry powód, bo prędzej czy później mały musi stawić czoła wstrętnym głośnym potworkom i okrutnemu życiu ;-) Maciek wpadnie w szkolny młyn już za rok, ale to, co dzieje się czasem w domu, przypomina mi już szkołę. Np. najmłodszy wujek czyli Fotograf, postanowił przyczynić się do edukacji siostrzeńca i daje mu wykłady z … anatomii. Maciek niedawno żywo zainteresował się dokładną budową ciała człowieka i kiedy wujek smaruje na kartce nieudolne rysunki twierdząc, że rozrysowuje kości ręki, mały słucha uważnie:
Bleubird started homeschooling, so we did. Maciek’s going to start a real school in a year time, but he’s already taught at home, for example by his youngest uncle, my photographer. My son is interested in anatomy and in the photo we can see the uncle drawing arm bones for him.
Cieszy mnie również fakt, że Maciek z zapałem rysuje, i to na kolorowo, a nie jak kiedyś, długopisem i  jedną czarną kredką. O żmudnym kolorowaniu nie ma mowy, to nie na jego nerwy, ale powstają hurtowo ciekawe twory z dbałością o szczegóły.
Często w jego rysunkach przewija się motyw nowego domu, o którym mały marzy na równi z rodzicami. Tu jest wersja full wypas z własnym miasteczkiem ruchu drogowego. Tylko nie wiem czemu my, trzy ludki, siedzimy na strychu…
Maciek didn’t use to like drawing, but these days he’s producing huge amount of nice pictures.  He dreams about a new house, he shows it often in his works. In this picture our family’s sitting in the attic, I still don’t know why:
Poniżej Maciek i ja siedzimy w rakiecie gotowej do lotu, czekając tylko na tatę, który po prawej stronie pojazdu siedzi przy stoliku z zielonym kolegą i zajada… frytki, a za nimi majaczy zarys McDonald’sa. Bliższe prawdy byłoby piwo na tym stoliku…
Here Maciek and I are waiting inside the rocket for our daddy tucking in chips with his green friend: 
Wesoły przechodzeń na pasach, a po lewej to czarne to nie magnetofon szpulowy, tylko mechanizm świateł ulicznych.
A smiling pedestrian:
Znów wymarzony domek, z kotkiem obowiązkowo. Ja to pierwsza od lewej, jako jedyna mam włosy! Na dole to nie sztuczna szczęka, to piłka do nogi, którą właśnie przyniósł listonosz.
Our dream house, with a cat, and the postman bringing a new football. I’m the first on the left and the only one having hair!
Pociąg z ludkami w oknach:
A train full of folks:
I sam rysownik, wielce przejęty:
And the excited artist:

wtorek, 6 września 2011

Too hot for September


Przyzwyczaiłam się do myśli, że mamy wrzesień i ochłodzenie, a tu wczorajszy dzień zrobił mi paskudnego psikusa w postaci okropnego upału wzmożonego przez gorący wiatr. Tego było dla mnie, żywego barometru, zbyt wiele, toteż dziś pierwsze zdjęcia balkonowe, bo tylko tam zdołałam się doczołgać. Zaraz potem przysnęłam, a moje dziecko wymalowało biurko czarnym flamastrem. Przykryłam podkładką pod myszkę i udaję, że tego tam nie ma.
Myślałam, że tej sukienki, mojego ostatniego łupu z serii „po pięć złociszy”, już nie założę w tym sezonie, a tu proszę. Ma trochę empiryczny krój, chociaż z gumką w pasie, a kieszenie po bokach poszerzają pupę, jakby robiły to niedostatecznie poziome paski. Dodałam dla ożywienia beżowe dodatki, czyli pasek niedawno nabyty i sandały wakacyjne, wysłużone. I tak ubrana mogłam iść po pracy na obiadek zamiast paprać rączki gotowaniem. A wieczorem spadł deszcz, uff!

I got used to the fact that it’s September and it’s getting cold, but yesterday I was surprised by a very hot day. I didn’t like it at all, I felt tired, so I managed to take some shots only on my balcony. Then I fell asleep and my little boy destroyed my desk with a black marker. I put a mouse pad on it and I pretend I cannot see it.
And here is my thrifted dress bought for about 1 euro. Its stripes and pockets on both sides make my bottom quite fat, but I like it anyway. Yesterday I put it on for the first time and went for dinner as I don’t fancy cooking. And in the evening it was finally raining!

sandals, belt - no name, dress - Giovanella

niedziela, 4 września 2011

Vintage dillemas


Jak już wspominałam, nie stronię od używanych ubrań, wprost przeciwnie, lubię te z duszą i historią, jednak nie jest łatwo obnaszać się z ciuchami vintage będąc mieszkanką małego miasta. Oczywiście nie mam przyklejonego na czole napisu ‘Ubrałam rzeczy z drugiej ręki’, ale krój i materiał niektórych moich szmatek wyraźnie wskazuje na ich wiek, przynajmniej w moim mniemaniu. Dlatego trzymam je głęboko w szafie, oglądam czasem i wciąż nie mam odwagi wyprowadzić ich na spacer.
Tak rzecz się ma z poniższą sukienką, której tłoczona na materiale krateczka, kilka zaciągnięć i nadszarpnięte wiązanie pod szyją przeszkadza mi użytkować ją wśród ludzi. 

As I’ve mentioned before, I love vintage clothes, which have their souls and history, but I don’t always dare to wear them among people, because they’re too vintage. I keep them deeply in my wardrobe and hope to wear some day, when I’m brave enough. It’s like this in case of the navy blue dress, which is a little bit destroyed in some places and have a strange checked pattern on the fabric.



 I mały bonus dla Asi - śpiący Ciapa:
And a bonus pic for my friend - sleeping Softie:

czwartek, 1 września 2011

School is waiting!


Dzisiejszy dzień jest pierwszym dniem prawie niekończącej się udręki ludzi małych i dużych. Niech poniższe zdjęcia będą moim wyrazem buntu przeciwko konieczności pójścia do szkoły ;-D
Today is the first day of school year in Poland. The below pictures are a kind of rebellion against the necessity of going to school ;-D
vintage dress, mum's glasses, my secondary school bag