niedziela, 9 sierpnia 2015

Nowe buty i stara sukienka

Z rzeczy ostatnio zakupionych dałam radę założyć sandałki, i to tylko dlatego, że niedziela zobowiązuje do pokazania się wśród ludzi. Dodatkowo w ten upał pedałowaliśmy na rowerach, także wybrałam najcieńszą sukienkę w szafie. Kupiłam ją jeszcze poprzedniej jesieni razem z całkiem ładnymi sandałkami, ale tamte są zbyt luźne do jazdy rowerem.
Byliśmy zmuszeni jechać do kościoła dwukołowcami, ponieważ pożyczyliśmy nasz samochód mojemu braciszkowi najmłodszemu, męczyduszy i szantażyście. Mąż zgodził się z wielkim oporem - który facet bez szemrania przerzuca się z samochodu na rower? I nie tylko facet. Wielu znajomych dziwi się, że funkcjonujemy bez drugiego samochodu, więc jakże zdziwiliby się, gdyby wiedzieli, że potrafimy żyć i bez tego pierwszego. W każdym razie, ja nie mam z tym problemu.
dress- Peacocks (sh)






Acord

piątek, 7 sierpnia 2015

"Conieco" z wyprzedaży

Takie zakupy bez wysiłku - ot, syn poszedł do Domu Kultury na zajęcia rzeźbiarskie (bardzo fajny trzydniowy projekt ekologiczno-artystyczny Kolorowa Lokomotywa), a mama w międzyczasie coś musiała ze sobą zrobić. Dobrze, że byłam ograniczona czasem i funduszami... 
Właściwie śliniłam się początkowo do białej koronkowej sukienki Bialcon (krój A, rękawy 3/4 i bawełniana), ale zawsze musi ze mnie wyleźć rozsądek, więc zakupiłam dwa spokojne zestawy plus najzwyczajniejsze sandałki. Prawie wszystko w jednym sklepie - to dopiero jest lenistwo, ale usprawiedliwiam się okrutnym upałem, który nam ostatnio niemiłościwe panuje. Wybaczcie, ale nawet nie miałam sił założyć tych ubrań do zdjęcia.
Zdaje się, że tracę serce do sukienek i ubywa mi ich z szafy na rzecz portek.

Greenpoint
Długie spodnie z lnem, zwężana nogawka plus cienki bluzko-sweterek z rękawem 3/4
Greenpoint
Podobnie - wiskozowa narzutka z kieszonkami i rękawem 3/4 plus spodnie długie, zwężana nogawka.
Acord
Sandałki skórzane, miały być jak najprostsze lecz na stabilnym obcasie.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Dom pełen zwierząt

Dokładnie dwa lata temu adoptowałam Lulę, chcieliśmy małego wzrostem psa do pilnowania podwórka i na tym nabór domowego inwentarza miał się zakończyć. 
Lula niezupełnie nadaje się na stróża, bo jest psem o wyjątkowo szczerym serduszku, który "całuje" wszystkich na powitanie i prosi o pieszczoty. Bywa, że nie jest w stanie zaakceptować niektórych naszych gości (z wzajemnością) i trzeba ją odseparować, bo gotowa łydkę obrobić. Lula ma od niedawna duży kojec z budą, ale trafia tam tylko w takich wyjątkowych sytuacjach.
Niestety, życiową misją naszego psa jest szczekanie na wszystko co się rusza i chociaż mieliśmy nadzieję, że z tego wyrośnie, dawno ją straciliśmy i już tylko bierzemy Lulę do domu na noc, żeby móc spać.
Ktoś kiedyś w komentarzu zapytał, czy zamierzam ją tresować. Nie mam takiej potrzeby, Lula reaguje na najpotrzebniejsze polecenia:
Spać - idzie na swoje posłanie.
Siusiu - wychodzi na podwórko.
Daj piłeczkę - przynosi swojego gumowego misia (kiedyś była to piłka) żeby aportować.
Stój, idź.
Poza tym jest posłuszna, trzyma się naszych nóg, aż do czasu gdy zwęszy zająca - moja koleżanka twierdzi, że Lula to półkrwi lisica. Taka, co lubi zabawę z wodą.



Potem, jak niektórzy z Was pamiętają, zdjęta litością zabrałam z podwórka niedobremu gospodarzowi Inkę. Bardzo długo w jej książeczce zdrowia brakowało zapisu "właściciel", nawet gdy już była wysterylizowana. Żadna z zaufanych osób, do których się zwróciłam, nie chciała jej przyjąć pod swój dach, zatem została z nami i okazała się tak kochanym i grzecznym stworzeniem, że nawet mąż przestał zgrzytać zębami... 
W kwestii pilnowania domu mogę Ince zaufać - szczeka tylko wtedy, gdy wróg u bram. Poza tym jest cichą i wygodnicką księżniczką, która rano wciska mi się pod kołdrę, chociaż na chwilę. Nie życzy sobie towarzystwa innych zwierząt, ale Lulę, jako starszą w tym domu, musiała zaakceptować i posłusznie czeka w kolejce do miski, bo ze swojej nie chce jeść.


Ostatnio do naszej menażerii dołączyła mała biała kotka (tu już mąż mocno zgrzytał zębami), urodzona 7 czerwca. Białą kotkę zamówiłam dla mamy, ale przywiozłam do domu (180 km) trzy kociaki.


Przez ten czas, gdy u mnie mieszkały, ujęła mnie Kropka - biała lecz z plamą między uszami. Postanowiłam ją sobie zostawić, a że koleżanka wzięła pozostałe dwa maluchy, mojej mamie nie został żaden kot!
Kropka zachowała swoje imię, je i rozrabia za dwóch oraz rośnie jak na drożdżach. Od początku wiedziała, do czego służy kuweta. Gdy widzi mnie w kuchni, miauczy cicho i cienko, upominając się o coś lepszego niż sucha karma. Jeśli mam na sobie spodnie, wspina się niecierpliwie po jedzenie, nie czekając aż trafi ono do miski, ale nie drapie mnie po gołych nogach.







Wakacje to dla mnie czas przygarniania zwierząt i bardzo żałuję, że dla wielu innych ludzi jest wprost odwrotnie. Zwłaszcza suki i kotki nie mogą znaleźć domu, stąd wybieram właśnie "dziewczyny", póki stać mnie na ich sterylizację. Byłabym skłonna założyć dom tymczasowy dla niechcianych zwierząt, ale mąż nie miałby już czym gryźć...

czwartek, 30 lipca 2015

Trzy tanie rzeczy dla domu

Przede wszystkim psia (no dobra, czasem kocia) poducha ze zdejmowanym poszyciem, które można prać w pralce. TkMaxx zaskoczył mnie ceną - 44zł (z początkowej 129zł) za wielkie legowisko 90x60 (na zdjęciu), a 26zł za małe. Jedyny minus to ograniczony wybór kolorystyczny - były jeszcze tylko jaskrawozielone.


Do Netto zaglądam rzadko, ale nigdy nie wychodzę z pustymi rękami. Tym razem z przyjemnością oglądałam metalowe i drewniane dekoracje. Wybrałam wiaderko za 9,99 zł. (były jeszcze kanki i konewki), które tymczasowo robi za pojemnik na owoce, ale już widzę w nim bukiet owsa.

 I drewniane serce z napisem "Nie ma jak w domu" za 5,99 zł. Były jeszcze tylko różowe i generalnie większość drewnianych dekoracji ograniczała się do takich barw plus pastelowa zieleń.



środa, 29 lipca 2015

W góry czy nad morze?

Wobec nieubłaganego faktu, jakim jest zmiana polskiego klimatu mówimy stanowczo - góry! W ciągu zaledwie trzech dni nad naszym zimnym polskim morzem (u nas panowały wówczas upały) umęczyliśmy się okrutnie, głównie niezliczonymi tłumami i wysokimi cenami. Tymczasem w górach cisza, przerywana co najwyżej sapaniem innych wspinających się, oraz ceny bardziej przystępne. Co będę owijać w bawełnę - lubimy spędzać wolny czas aktywnie i nie w smak nam smażenie się plackiem na plaży!

 Rankiem przed wyjściem w góry brat przygotowuje kanapki, a tu coś skrobie nam w drzwi. Teodor - łakomy sierściuszek gospodarzy.


 Taki trochę romantyczny wypad bez dziecka, na dwie pary.
 Za krzaczkiem było mi cieplej niż nad morzem.

 Byliśmy pewni, że wspinamy się na Babią Górę, a tu napisali coś innego...
 Na wysokościach zimno, ale jeśli głowa i plecy odziane, nogi mają się dobrze.

 Strome to zejście!
Tylu nas było i nikt nie zauważył, że parę kroków dalej mamy łagodne zejście.





 Największa nagroda za trudy dnia - pyszny pstrąg z domowej hodowli gospodarza.

 Tedi wierny jak zwykle.


 Mieszkaliśmy w uroczym domku.

 Po drodze zahaczyliśmy o Jezioro Żywieckie. Podjechaliśmy od strony wyludnionej, ale jakże brudnej!


 Mieliśmy jeszcze siły na zwiedzanie Zamku w Pszczynie.
Warto było, ale miałam wielką ochotę przysiąść na którejś z kanap i po prostu zasnąć.
 A nad morzem? Iloma zachodami słońca można się zachwycać? Nam wystarczył jeden...
 Pierwszy dzień spędziliśmy we troje.
 Pojechaliśmy odebrać Maćka z obozu i dane nam było spać pod wojskowym namiotem, na polowych pryczach. Pod dwiema kołdrami i kocem, odziana w dres powiedziałam - nigdy więcej!
 Niewątpliwą ozdobą obozu i plaży była Inka - dobrze, że mi jej nie zagłaskano na śmierć.


Jej samej najmniej podobał się wiatr od morza.

Tylko nasze dziecko nie miało oporów, żeby się kąpać w lodowatej wodzie.
 Z radością przenieśliśmy się na bardziej "luksusowy" kwaterunek. Dziecko dorwało się do telewizora po 10 dniach "odwyku".
 
Kupiliśmy mu komiksy, które same musieliśmy sobie czytać.

 Kolejna wada naszego morza - wracaliśmy znad niego dziewięć godzin.
Po drodze zatrzymaliśmy się u rodziny ze strony męża i dopiero tu nad zalewem odnaleźliśmy spokój i wypoczynek.
 Tatuś w końcu wszedł z dzieckiem do ciepłej wody.


 Wujek posiada starą jamniczkę Milkę.
 Dosłownie prosiła Inkę o zainteresowanie swoją osobą, ale mina "księżniczki" mówi wszystko.