Oto efekt naszej wyprawy na Wystawę:
Zaglądamy tam co roku, ale jeszcze nigdy nie skusiliśmy się na żadne zwierzę. Z perspektywy czasu myślę sobie, że tym razem musiało mi nieźle zmrozić mózg po drodze, skoro zapałałam chęcią przygarnięcia kolejnego zwierzaka. W planach był kot, oczywiście po tym jak nasz szczur zamknie już oczy na wieki, ale na u s i l n e p r o ś b y d z i e c i, ekhm ekhm, kupiłam królika „na spółkę” z bratanicą, do podrzucenia i wychowania babci. Zapomnieliśmy o ważnym szczególe – kocicy, a właściwie diablicy tasmańskiej, która z króliczka miałaby niezłą uciechę. Zatem puchowa kulka wylądowała w naszym, i tak ciasnym, mieszkaniu i, patrząc teraz na nią, upewniam się w przekonaniu, że w dniu jej zakupu naprawdę stało mi się coś w głowę. Nie dość, że nasze kable są znów niebezpieczeństwie, mam podwójną ilość porozsypywanych wszędzie trocin, to jeszcze budzi mnie w nocy chrupanie. Tak, urządziłam się nieźle. Ale puchata kulka, Gaba Kulka, aka Gabi, Gabrysia czy jak sobie kto życzy, ma spore szanse na szybkie odejście w zaświaty, bo podobno miniaturki tak mają.




















