Wraz z nowym rokiem zacznę dodawać posty oznaczone etykietą ‘home sweet home’. Trochę po to, żeby się pochwalić
swoimi postępami w urządzaniu naszego powstającego gniazdka, a głównie
dlatego, że chciałabym mieć wygodny w dostępie zapis swoich poczynań. Do tej
pory oznaczałam datami zdjęcia z kolejnych etapów budowy, ale nie spięłam ich w
całość, więc rozproszyły się po różnych folderach i zakamarkach komputera. Tak
będzie mi wygodniej.
Wykańczanie domu zaczęłam od trochę innej strony – zakupu części
mebli. Te kilka kartonowych pudeł za mną to stolik pod TV, nadstawka, witryna i
regał. Już dawno upatrzyliśmy sobie to w Ikei, a tu nagle w miniony weekend okazało
się, że zmieniają asortyment i w ostatniej chwili kupiliśmy ostatni zestaw,
choć zupełnie nie planowaliśmy teraz tego wydatku. W kolorze białym, że tak
uchylę rąbka tajemnicy. Póki co, salon widzę w bieli, szarości i zgaszonej
zieleni.





A te pudełka pośród których siedzę, zawierają klinkierowe
cegiełki, których dosyć długo poszukiwałam. Nie chciałam się zadowolić
klinkierem zakupionym w pierwszym lepszym składzie budowlanym, a na cegiełki
ręcznie formowane przywożone z Holandii po prostu mnie nie stać. Próbowałam
zakupić starą cegłę od okolicznych mieszkańców, ale rozmowy nie potoczyły się
pomyślnie. Poza tym cięcie cegieł również byłoby sporym wydatkiem. Sprowadziłam
więc klinkier z rozbiórki dworku na Pomorzu, w bardzo rozsądnej cenie. Choć na
początku kolor mokrych cegiełek bardzo mnie rozczarował, to teraz, po czterech
dniach, prezentują się dokładnie tak, jak chciałam. Wiem, że klinkier ostatnio
święci triumfy w dekoracji wnętrz, ale nie zniechęca mnie to. Zawsze marzyłam
nawet o całym domu zbudowanym z nagiej czerwonej cegły, najlepiej znacznie porośniętej bluszczem.